Blog inspirowany Copenhagen Cycle Chic.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

NYC - cz. 5, ostatnia


Oto ostatni post z nowojorskiego cyklu. 
Tym, którzy nie widzieli wcześniejszych, proponuję rozpocząć tę podróż chronologicznie:
Przedostawszy się na drugą stronę Manhattan Bridge postanowiłam zjechać prosto do chińskiej dzielnicy, którą jak dotąd widziałam tylko ciemną nocą. Jej sporą część stanowi zagłębie artystów, studentów i interesujących outsiderów. Do tego przyjemne, wegańskie knajpki.

W dalszej podróży miejscami towarzyszył mi krótkotrwały, ciepły deszcz. Na zdjęciu wspominany już we wcześniejszych postach typowy pas rowerowy, znajdujący się po lewej stronie jednokierunkowej drogi.

Jedynymi korzystającymi z jednokierunkowych pasów niewłaściwie, tj. pod prąd, są dostawcy pizzy. Na nich zdecydowanie należy uważać, byłam nawet świadkiem jednej rowerowej czołówki. 
Trochę przypomina mi to zachowania niektórych wrocławskich rowerzystów jeżdżących zupełnie na opak, niekiedy pasem na Kazimierza z wschodu na zachód albo kontrapasem na Kościuszki ze wschodu na zachód. Wiem, że tam jest lepsza nawierzchnia.. ale mimo wszystko łatwo o dzwon.
Na powyższym zdjęciu widać, że rowerzyści oddzieleni są od jezdni pasem do parkowania, który przy skrzyżowaniach zamienia się w wysepkę dla pieszych. Sprytnie zagospodarowana bezpieczna przestrzeń komunikacyjna.

Jestem zwolenniczką jednokierunkowych dróg rowerowych, są mało kolizyjne (patrz Kopenhaga). 
W wielu rowerowych miastach, w których istnieją drogi dwukierunkowe (m.in. Amsterdam, Florencja, Barcelona, Haga, Rotterdam) są one z reguły od siebie oddzielone (oznakowanie poziome - przerywana linia przechodząca przez środek drogi rowerowej), to ułatwia poruszanie. 

Mnie czasem drażni dwukierunkowość niektórych wrocławskich dróg, chociażby wzdłuż ulicy Krakowskiej, przez której znaczną część ciągnie się cpr (ciąg pieszo-rowerowy) po obu jej stronach, a wielu ciśnie w zaparte prosto na innych ;) Teoretycznie wolno, przepisy pozwalają ale, tak na logikę, chyba warto sobie wzajemnie nie wadzić, hm? 


Kierowałam się na północ Manhattanu. Im bliżej bramy do Central Parku, tym społecznie ciekawiej. Jedni tańczą, 

inni kręcą filmy dla Jezusa, 

zaś pogawędki na środku drogowego pasa urządzają sobie panowie w typie Arnolda eSz.



Miejscowi wybierają rower publiczny, 


riksiarze zaś cierpliwie oczekują na turystów. 

Przez Central Park pojedziemy, jak chyba przez większość miejskich parków, jednokierunkową drogą i wyłącznie głównymi alejami. Drobniejsze alejki są dla spacerowiczów. 







Nasycona nowojorską infrastrukturą postanowiłam poszukać źródeł muzyki. 
Już Duke Ellington polecał, że najlepszym sposobem, żeby dojechać na Suger Hill jest linia metra A. 


Śpiewała to również Ella Fitzgerald w później dopisanych przez Billy'ego Strayhorna słowach:

You must take the "A" Train to go to Sugar Hill way up in Harlem.

Ja postanowiłam jednak wspiąć się w górę Manhattanu rowerem ;)
Perpektywa była długa,

ale na górze czekało wiele skarbów.

Im wyżej, tym mniej infrastruktury rowerowej, pojawiły się za to liczne Bus-pasy usprawniające komunikację zbiorową.


Dostawcy pizzy - zawsze na nielegalu pod prąd. Zawsze.


W Nowym Jorku większość ulic przecina się pod kątem prostym, stąd bardzo sensowny system numerowania ulic - na każdej dzielnicy z osobna. Manhattan na osi wschód-zachód w części południowej rozpoczyna ciąg kilku ulic nazwanych na europejską modłę, po czym pojawia się 1st Street i ciągnie się na północ aż do 220th Street. Na osi północ-południe ciągną się również ponumerowane, kilkunastokilometrowe aleje. Obok numeracji pojawiają się nazwy dla bardziej rozpoznawalnych ulic, jak chociażby Broadway Blvd. Każda z tych nazw współistnieje z oficjalną numeracją. Część głównych ulic i budynków państwowych w Harlemie wzięło swoje nazwy od bohaterów walki o prawa obywatelskie Afroamerykanów. Jest Martin Luther King Blvd, Frederick Douglass, Malcolm X, Adam Clayton. 

Szukając śladów świetności Harlemu trafiłam na developerski kompleks mieszkaniowy nazwany od jednego z najsłynniejszych klubów tanecznej ery swingu - Savoy. 
Na wysokości 140 i 141 ulicy w Harlemie lat 20. i 30. klubów było kilka. Dziś nie widać po nich ani śladu. 

Podobnie na południe od Central Parku, w latach bebopu i hardbopu życie tętniło wzdłuż ulicy 52. Wzdłuż jednej ulicy kilkanaście klubów jazzowych.
Widok na 52nd Street, 1948r., zdjęcie William P. Gottlieb.
Dziś oprócz hoteli nie pozostało tam nic.
Najważniejsze kluby jazzowe zlokalizowane są jeszcze niżej, w okolicach West Village.


Im wyżej, tym gorzej również z ruchem rowerowym. Tym mostem przedostałam się na Bronx i wylądowałam na wysokości Yankee Stadium.

Po przejechaniu większej części Brooklynu i większej części Manhattanu miałam dziwne wrażenie, że Nowy Jork nie jest tak wielki, jak by się wydawało i mogłabym go rowerem zrobić w całości w raptem parę kolejnych dni. Dopiero widok ze strony północnej Macombs Dam Bridge upewnił mnie w tym, w jak ogromnym byłam błędzie.

Wygląda znajomo? ;) To nie Polska, to wschodni Bronx.


Fuji, moja dzielna towarzyszka.

Zanim wróciłam na Manhattan, zjechałam w dół i zjadłam obiad, zdążyło zrobić się ciemno. 
Dym z metra wpisuje się w typowy pejzaż miasta. 

Wciąż ulicą, z beznadziejnie słabą tylną lampką. Nowojorczycy w większości i tak lampek nie używają.

Ostatni rzut oka na infrastukturę, którą zostawiłam za sobą, odzieloną od jezdni stacją roweru publicznego i pasem do parkowania. Infra rowerowa nocą służy do wywozu śmieci zostawianych na chodnikach przez bary i sklepy, nad ranem zaś jako pas dla samochodów dostawczych. Na szczęście dla rowerzystów, w cywilizowanych krajach da się wywozić śmieci ciemną nocą, żeby nie wadzić nikomu przy natężonym ruchu drogowym. O tej porze można też śmiało cisnąć ulicą, na nich tylko wracający z imprezy rowerzyści i żółte taksówki. Prawdziwe życie toczy się teraz pod ziemią.. ;)